×

Miara życia i blask gwiazd: wewnętrzna kosmologia Duszy

Dodał: Alexandr  •  

Opierając się na nauce Kabały, możemy przybliżyć się do głębszego pojęcia „życia człowieka”. Na najniższym poziomie człowiek posiada określoną porcję światła przeznaczoną na 120 lat życia – jest to zaledwie kilka sfirot świata Asia. Egzystuje on w sferze nieczystości aż do środkowej części świata Jecira. Wszystko to, co znajduje się poniżej tej granicy (choć objawia się tam już wyższe, aktywne światło), nazywamy życiem materialnym. „Materialne” oznacza tutaj stan, w którym człowiek uświadamia sobie siebie wyłącznie jako formę i nie dostrzega w sobie niczego więcej – niczego, co wykracza poza te ramy.

Od wyższych poziomów świata Jecira życie człowieka rozprzestrzenia się i jest mierzone zupełnie innymi kategoriami; proces ten pogłębia się jeszcze bardziej na poziomie świata Bria. Wygląda to następująco: człowiek najpierw liczy lata pojedynczo (jeden, dwa, trzy…). Później liczy dziesiątki lat, lecz lata wciąż pozostają wewnątrz tej miary. Następnie liczy setki lat, a wewnątrz nich kryją się lata i dziesiątki. Ta kategoria rozprzestrzenienia sięga aż do najwyższego poziomu świata Bria. W tym momencie człowiek żyje już w dwóch płaszczyznach: w granicach materii (nieczystości) oraz w granicach objawionego ducha. Od środkowej części Jecira dusza jest już częściowo wolna od niższych ograniczeń, co oznacza, że zyskuje siłę i możliwość panowania nad nimi – początkowo tylko w pewnym zakresie.

Proces naprawy, polegający na zrównoważeniu niższej materii i duchowej substancji, czyli samej duszy, trwa aż do najwyższego poziomu świata Bria. Kiedy człowiek osiąga tę równowagę – gdy miara jego duszy zrównuje się z wielkością jego pragnień – przekracza kolejną formę istnienia: poziom świata Acilut. Jest to życie, które nie przypomina niczego, co znamy dzisiaj, gdyż obecnie doświadczamy życia wyłącznie w ograniczeniach. Ten poziom znajduje się za zasłoną, pozostaje dla nas zamknięty.

Miara życia jest tam mierzona podobnie jak w światach niższych, z tą różnicą, że zaczyna się liczyć tysiące, dziesiątki tysięcy i setki tysięcy lat (gdzie „lata” oznaczają odcinki miary naprawy). Ta forma objawia się głównie poprzez substancję duchową, choć swoją podstawę wciąż wywodzi z najniższego poziomu – wszystko zawiera się wewnątrz niej.

Patrząc globalnie, człowiek w swoich ograniczeniach nie może dostrzec tych wszystkich procesów; wydaje mu się, że to, co widzi, jest jedyną namacalną rzeczywistością. Jednak miara ograniczenia jest wyznaczana wyłącznie przez pragnienie. Na najniższym poziomie świata Asia pragnienia są największe, dlatego miara objawienia światła – czyli życia – jest najkrótsza. Nietrudno powiązać te elementy w jedną całość i dostrzec, że możliwość istnienia człowieka ściśle zależy od tego, jaka ilość i miara życia się w nim objawia. Im wyższy poziom życia, tym potężniejszy staje się poziom istnienia.

Często mówi się, że ludzie w imię swojej tzw. pseudohumanitarności uważają, iż wszystko powinno istnieć. Tak rzeczywiście zaplanowano na początku, lecz w rzeczywistości nie wszystko trwa i nie wszystko ma szansę na przetrwanie. To, co umiera, traci szansę na istnienie. A co umiera? Czy istnieją dusze, które nie są w stanie sprostać temu procesowi, lub przeciwnie – poprzez swoje czyny i dążenia nie potrafią wyjść poza granice materii i trwają w niej, tracąc szansę na byt? Co dzieje się z gwiazdą, która przestaje świecić? Przez pewien czas jeszcze trwa, tli się w niej szansa na ponowny blask, lecz ostatecznie kruszy się i rozpada w pył, nie pozostawiając po sobie śladu.

Podobnie rzecz ma się ze świadomością człowieka. Człowiek mniema, że niemożliwe jest, by wszystko nagle się rozpadło i powróciło do źródła. Jednak niewykorzystana szansa sprawia, że byt powraca do pierwotnej Boskiej Esencji, z której rodzą się nowe, czyste dusze, a to, co nie podjęło wysiłku, po prostu znika. To, co widzimy wokół siebie, jest de facto prototypem, odbiciem tego, co istnieje w wyższej, duchowej formie. Trzeba jednak umieć to dostrzec. Przypomina to jednostkowe życie człowieka: dopóki jego świadomość jest połączona z duszą, ma on szansę na kontynuację istnienia w jakiejś formie. Jeśli jednak szansa ta zostanie zaprzepaszczona, człowiek rozpada się w pył, z którego powstał.

Droga człowieka wiedzie w dwóch kierunkach: albo dzieli on los ogółu – wypełnia swoje zadanie i powraca w zupełnie innej formie – albo jego obecna samoświadomość zyskuje szansę na odrodzenie i przeobrażenie się w świadomość duchową. To wielki dar i przywilej. Choć wszystko inne – pamięć, reszimo itd. – pozostaje, mówimy o zmartwychwstaniu i podniesieniu. Czego? Podniesienia tego, co zostało rzeczywiście „odpieczętowane”. Ta miara naszej samoświadomości i podobieństwa formy, która weszła w granice świętości, pozostaje niezmienna nawet przy reinkarnacji. Wszystko zaś, co nie przekroczyło progu świętości, trafia w stan rozproszenia, powracając do pierwotnych atomów i form istnienia.

Z duszą dzieje się podobnie, choć proces ten jest niezauważalny, gdyż trwa o wiele dłużej. Dusza ma jednak takie same szanse na przeobrażenie, jakie człowiek ma w ciągu jednego życia. Jeśli życie jest spełnione i zamanifestowane, rzeczywistość się odradza. W duszy odradza się cały kosmos – wewnętrzny i zewnętrzny – gdzie dwie właściwości (bhiny), które dotąd były otaczające (or makif), przyłączają się i stają się wewnętrznymi.

Możemy badać te powiązania poprzez element zjednoczenia. W naszej nauce zgłębiamy głównie pojęcia wewnętrznego kosmosu, ponieważ tam znajduje się źródło, tam jest finał i stamtąd bierze początek cała emanacja. Zewnętrznych właściwości (bhinot) na razie nie dotykamy, choć wiadomo, że otaczają one duszę ze wszystkich stron. Astrologia mówi, że człowiek rodzi się pod określoną gwiazdą, która ma na niego wpływ. Człowiek myślący logicznie sądzi, że to „kamienie zawieszone na niebie” oddziałują na jego los. Tak jednak nie jest.

Człowiek rodzi się pośród ludzi, z których każdy jest potencjalną gwiazdą. To wpływ ludzi na człowieka kształtuje jego charakter, osobowość i cechy. Jeśli chcemy zobaczyć, wśród jakich gwiazd przebywamy, rozejrzyjmy się wokół: miara emanacji tych „ludzkich gwiazd” tworzy naszą osobowość. Środowisko, w którym wzrastaliśmy, wpływało na nas – jedni oddziaływali jak czarne dziury, inni jak jasne gwiazdy w określonym nastroju. Ten nastrój, obecny w ludziach, jest dokładnie tym samym, co astrologowie nazywają np. kwadraturą. Nic nie jest od siebie oddzielone.

Ludzie w swojej nieświadomości nie przypuszczają nawet, że jest to możliwe. Zastanówmy się jednak: co ma większy wpływ na noworodka niż jego najbliższe otoczenie? Nawet z logicznego punktu widzenia widzimy, że sprzyjające otoczenie potrafi zniwelować niekorzystny układ gwiazd. Istnieje wiele gwiazd, ale nie dostrzegamy tak wielu objawionych dusz, ponieważ nasz wzrok ogranicza się do perspektywy kilku czy kilkunastu lat. Tymczasem wśród nas są dusze i ich cząsteczki zreinkarnowane w tych ciałach. Większa ich część znajduje się w sferze sprawiedliwości i one również na nas oddziałują, rozjaśniając nasze wnętrze, choć nie zawsze uświadamiamy to sobie wprost. Wszystko to jest ukryte przed człowiekiem po to, by najpierw nauczył się najprostszych aspektów, zanim zostaną mu objawione tajemnice samego stworzenia.

Czy gdyby człowiek znał wszystkie niuanse i całość rzeczywistości, byłoby mu łatwiej? Wręcz przeciwnie – nie byłby w stanie postawić ani jednego kroku. Natychmiast wpadłby w sferę ciemności, ponieważ ogrom błogości dopływającej do jego świadomości spowodowałby niekontrolowany wzrost pragnienia, co całkowicie by go odepchnęło. Dlatego należy pojąć zamysł stworzenia: ograniczenie i zawężenie percepcji jest niezbędnym krokiem dla wzrostu duszy. Relacje międzyludzkie, które między nami powstają, są pierwotną formą tych samych sił, które utrzymują gwiazdy na ich orbitach.

To skomplikowana materia, ale nawet lekka wizja tego porządku pozwala głębiej zrozumieć cel nauki i sens wszystkich nazw i opisów zawartych w księgach takich jak TES. Instynktownie czujemy, że „coś” musi istnieć, ale równie instynktownie szukamy swojej gwiazdy na niebie. Gdzie ona jest? Ona się jeszcze nie narodziła. Dlatego człowiek przez całe życie patrzy w niebo i niczego tam nie znajduje – tak samo jak patrzy na bliźnich i nie widzi w nich niczego głębokiego. Nie widzi, ponieważ w nim samym jeszcze niczego nie ma. Widzimy tylko to, co jest w nas. Gdy w naszym wnętrzu zaczyna się coś rodzić, zaczynamy dostrzegać i na niebie, i na ziemi to, co z nas emanuje – nasze wewnętrzne odbicie.

Człowieka można oszukać w każdej kwestii, oprócz jednej: głębokiego, wewnętrznego przekonania. Jeśli zaczynamy mówić o tym, co człowiek czuje w samej głębi siebie, nie da się tam wprowadzić fałszu. Ani rozum, ani żadne inne narzędzie nie ma tam dostępu. Dlatego tak ważne jest, na ile potrafimy uświadomić sobie własne istnienie i łączność ze wszystkim – nie tylko w obrębie grupy czy ludzkości. Nikt nie zmusza nas do łączenia się, gdyż jest to proces naturalny, odbywający się inną drogą. Od słońca nikt nie żąda światła, a jednak wszyscy z niego korzystają – i to właśnie nazywamy zjednoczeniem.

Podobnie każda dusza może świecić wtedy, gdy bliźni będą z niej korzystać. Nikt nie musi o to prosić, ale gdy korzystają, każdemu towarzyszy miłe odczucie. To zupełnie inny stan niż ten, który budujemy w swoich umysłach. Cała miara nieczystości i pragnienie, które w nas pulsuje jako element przyciągania, służą jedynie temu, by dusza zyskała możność i chęć otrzymania tego, co przygotował Stwórca. Nasz awijut (grubość pragnienia) nie powinien być skierowany ku niższym, ku bliźnim ani ku wyższym, lecz wyłącznie ku Ejn Sof – ku Źródłu – gdyż w tym celu został stworzony. Człowiek jednak nie potrafi z niego korzystać, więc kieruje go wszędzie, gdzie tylko zatrzyma się jego wzrok. To jest kluczowa różnica między tym, kim jesteśmy dzisiaj, a tym, kim powinniśmy się stać.

Narodziny samej duszy są procesem bolesnym dla egoizmu – dla tego magnesu, który jest chaotycznie rozproszony w wielu kierunkach. Trudno wykonać ruch, który sprawi, że na niebie narodzi się gwiazda w pełnym tego słowa znaczeniu. Nieostrożny ruch sprawia, że światło gaśnie w nas i „w górze”. Gwiazda musi świecić, czyli dawać życie innym. Stąd wynika trudność i konieczność długiego przygotowania. Wewnętrzne poczucie stabilności na początku praktycznie nie istnieje – człowiek chwieje się we wszystkie strony. Jednak w miarę uświadamiania sobie tych procesów, słowa mędrców nabierają sensu. „Dopóki nie powróci do głupoty swojej” oznacza stan, w którym ogień Boskiego Życia przestaje w nim gasnąć. Dopóki ten ogień gaśnie, nie można powiedzieć, że dusza się narodziła, że emanuje i przyciąga odpowiedni poziom or makif. Nie można też twierdzić, że gwiazdy świecą dzięki jej narodzinom. Nawet najpotężniejsze umysły naukowe nie wiedzą, skąd gwiazdy czerpią siłę do świecenia. Możemy mówić o syntezie czy procesach chemicznych, ale kto utrzymuje to wszystko w jedności, by nie rozpadło się i nie stało niszczycielskim ogniem?

Wiele tajemnic kryje kosmos, podobnie jak wiele tajemnic skrywa wnętrze człowieka. Wiedza o tym, jak łączą się komórki, to nie jest jeszcze prawdziwa mądrość – to tylko obserwacja procesu. Wiedza zawsze pozostaje ukryta i otwiera się tylko przed tymi, którzy osiągają możność jej manifestacji. Otrzymuję wiedzę po to, by ona ze mnie emanowała, a nie po to, by we mnie „zgniła”. Stąd biorą się wszelkie trudności, których doświadczamy. Gdyby chodziło tylko o ciało i mózg, siła duszy (nawet z „czarnej kropki”) poradziłaby sobie z tym w mgnieniu oka – nałożyłaby zakaz na wszelkie niewłaściwe myśli i ciało nie śmiałoby się sprzeciwić. Ale tutaj chodzi o siły wyższego rzędu – siły, które trzymają gwiazdy na ich miejscach. Dlatego trudności są tak wielkie, choć w naszych odczuciach zostają one znacznie złagodzone. Jednak w duchowości nie ma różnicy między wielkim a małym. Wszystko jest kwestią odczucia, czyli lekkiego uchylenia zasłony.

Mędrcy nauczają, że człowiek powinien rozmyślać nad sobą i swoimi czynami na miarę swoich możliwości, odnosząc niekiedy siebie i swoje życie do tej ogromnej rzeczywistości, która go otacza – i ucząc się budować z nią trwałą więź.